Pogoda za oknem wcale nie zachęcała do wymarszu. Od momentu zgłoszenia się na Nocną Drogę Krzyżową w mojej głowie rodziło się tysiące pytań. Czy dam radę? A może za chwilę poddam się i wrócę do domu? Dlaczego właściwie w niej chcę uczestniczyć? Dlaczego zakładam buty i świadoma wszelkich trudności mimo wszystko wyruszam? Na te i wiele innych pytań szukałam odpowiedzi… w lesie… NDK traktowałam jedynie jako RAJD. Nic więcej! Nie myślałam z początku o jakiejkolwiek modlitwie. Mimo upadku i wielu poślizgnięć szłam dalej. W pewnym momencie nastała idealna cisza. Nie mogłam sobie z tym kompletnie poradzić!!! Było dla mnie niepojęte, żeby iść w grupie nie mówiąc nic. Jednak po pewnym czasie wyciszyłam moją rozgadaną duszę. Około północy nadszedł ten moment kiedy trzeba było zmierzyć się z Radostową. Moje wspomnienia sprzed kilku lat nie były najlepsze. Młoda harcerka z plecakiem 65 litrowym większym od niej, źle oznakowany szlak i towarzysząca burza. Powiedziałam sobie: NO MORE! Ale do czasu… W połowie drogi na szczyt zauważyłam różaniec w dłoni pewnego mężczyzny, który mocno go ściskał. Pomyślałam – oszalał!!! Z góry założyłam, że nie będę się na nim modlić. Bo po co? Zaczęłam mijać ludzi, którzy z każdym kolejnym krokiem tracili siły. Ja dalej szłam. Pokonałam kolejne ok. 20 metrów i właśnie wtedy opuściła mnie moja odwaga i pewność siebie. To moment w którym byłam tylko: JA, CISZA i JEZUS. Idealny team!! Pierwsza moja modlitwa: żebym się nie poddała i dała radę przejść resztę zaplanowanej trasy. Wtedy zaczęłam nucić sobie w głowie słowa piosenki: „Z wiarą w sercu, z nadzieją u boku, dążą do celu krok po kroku…”. Schodząc z Radostowej byłam szczęśliwa  mimo sporego zmęczenia i zamykających się oczu. Kolejne niespodziewane doświadczenie. Rozmowa z osobą, która patrzy na niektóre sprawy podobnie do mnie. Ja, niemająca światła wiary albo posiadająca jej śladowe ilości, gubię się na drodze gdzie już i tak jest ograniczona widoczność. Mogłam spojrzeć znów z innego punktu widzenia. Może lepszego? Kto wie?! Wtedy podjęłam z NIM kolejną rozmowę.

Następny postój. Mgła coraz większa i ciągła myśl w głowie: „Panie Boże nie pozwól mi się zgubić”. Dochodząc do Świętej Katarzyny byłam przekonana, że reszta drogi będzie: lekka, łatwa i przyjemna. Szybko zmieniłam zdanie. Spontanicznie wyciągnęłam różaniec i zaczęłam go odmawiać. Pierwszy dziesiątek, pierwsze schody… Tragedia. Myślałam, że polegnę. Zmęczenie, zadyszka, ciągłe podnoszenie nóg i tak w kółko… Nawet nie zauważyłam, a już skończyłam go odmawiać. Szok. Na drodze zaczęły pojawiać się coraz większe kamienie. To był ten moment kiedy zaczęłam się z nim kłócić!!! Pytania i różne inne hasła leciały jedno po drugim w jego stronę. Kolejne moje słowa wypowiedziane tym razem spokojnie: „Dobra, weź mnie na plecy Panie Jezu i wnieś na ten szczyt, bo sama nie dam rady „. Właśnie wtedy nasunęła mi się kolejna myśl: „Natka nie świruj!!! Ciesz się, że masz zdrowe nogi i możesz dzielnie piąć się wzwyż. Nie każdy ma tyle szczęścia co Ty. Doceń to co masz!!! Następne metry przybliżające mnie do szczytu, osłabiały mój organizm. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że to ON jest moim największym fanem. Kibicuje mi mimo wszystko i trzyma za mnie mocno kciuki. W takich momentach człowiek zaczyna doceniać małe rzeczy i zastanawiać się nad sobą. Jaki jest? Jak go inni postrzegają? Może to ten moment gdy czas się zmienić? Dorosnąć do niektórych rzeczy? Czułam, że gdzieś tam idzie obok mnie. Dużo myślałam o Jego trudzie podczas swojej drogi… Często ja sobie powtarzam, że jestem zmęczona , że zrobię coś później. Bo przecież lepiej odpocząć niż się męczyć. Przecież zawsze można wejść na facebooka czy inną aplikację i odreagować… Ale  czy to ma sens? Odpowiedzcie sobie sami.

Idąc lasem 7,5 km dziękowałam Bogu, że jest mi dane zobaczyć WSPANIAŁY wschód słońca. Nie mogłam się napatrzeć!!! Ostatni odcinek był niezapomniany! Mijałyśmy zmęczonych pielgrzymów, choć same odczuwałyśmy na własnych nogach i ramionach przebyte 37 km. W pewnym momencie ujrzałyśmy cudowny widok. Słońce oświetlające naszą drogę i klasztor. Pełne radości przyśpieszyłyśmy. To był piękny czas. Ogromny bagaż doświadczeń. Wieloma rzeczami zaskoczyłam sama siebie. Choć wyruszając nie myślałam, że  stanie gdzieś na mojej drodze i się zaprzyjaźnimy. Albo doświadczę czegoś nadzwyczajnego i zacznę latać między drzewami. NIE!!! Najzwyczajniej chciałam może trochę rozwalać mur, który stoi na tej drodze. Nie wiem czy pójdę na Mszę, czy się w najbliższym czasie pomodlę, czy uklęknę przed kratkami konfesjonału. Wiem jedno, że to nie był zmarnowany czas!!! Pamiętajcie! Dla nas może być mnóstwo rzeczy niemożliwych, ale dla Niego nie ma. NIE MA!!! Trochę wiary w siebie i ufności  tym na Górze.

Nie sądziłam, że to kiedyś powiem z przekonaniem, ale za to wszystko CHWAŁA PANU!